Jej pierwsza miłość


Autor: damianpe
Tagi: zauroczenie   pierwsza miłość  
06 października 2019, 15:11

 

Wydaję mi się, że pierwszy raz zauważyłam go w szatni szkolnej pięć lat temu. Byłam wtedy w pierwszej klasie liceum, a on był o rok starszy. Wpatrywał się we mnie podczas gdy ja czekałam z koleżanką na zwrot naszych płaszczy, które dostałyśmy z powrotem od portierki w zamian za krążki oznakowane numerami. Wiedziałam, że mnie obserwuje, lecz nie miałam odwagi, żeby odwrócić twarz i spojrzeć mu prosto w oczy. Uznawana byłam przez wszystkich za dziewczynę nieco nieśmiałą i taką, która obraca się raczej w wąskim towarzystwie. Dlatego ucieszyłam się gdy czasy gimnazjum się skończyły, ponieważ mogłam zerwać ze swoim starym obrazem siebie i zacząć wszystko od nowa. To była dla mnie szansa, zupełnie jak dla innych dzieciaków, które chciały wykreować swój nowy wizerunek i poznać nowych ludzi.

 

Nałożyłam płaszcz na siebie, trochę niezgrabnie i wtedy nasze oczy się spotkały. Kontakt wzrokowy, trwający zaledwie kilka sekund spowodował, że szybciej zabiło mi serce. Wtedy uczucie z początku nowe wywołało uśmiech na mej twarzy i rozradowana wróciłam do domu. Nigdy przedtem nie odczułam pragnienia drugiego człowieka tak bardzo. Oczywiście jako nastolatka zauroczyłam się nieraz, lecz dopiero dzięki chłopakowi z szkolnej szatni poznałam co to ból miłości. 

 

Od tamtego dnia wyszukiwałam go na korytarzach szkolnych w czasie pauzy, na zajęciach zajmowałam biurka przy oknie, aby obserwować, czy przypadkiem nie ma on lekcji wychowania fizycznego; niejednokrotnie poszczęściło mi się i mogłam oglądać go jak gra w piłkę, lub ściga się z kolegami w biegu z przeszkodami. Przypatrywałam się jego opalonym łydkom, foremnie ukształtowanym i szerokim ramionom, co wskazywało, że imał się sportem od dłuższego czasu. Owłosienie posiadał jak  dorosły mężczyzna, czym wyróżniał się znacznie od swych kolegów i ten jego uśmiech, w który mogłabym wpatrywać się bez przerwy.

 

Pragnęłam go poznać osobiście, dowiedzieć się jaki jest, lecz moja niesprawność w nawiązaniu kontaktu z obcą osobą utrudniała podjęcie jakiegokolwiek kroku. Z zazdrością podpatrywałam osoby, którym z łatwością przychodziły rozmowy z ludźmi, jak tworzą grupy, kliki znajomych, lub wiążą się w pary. Dla mnie przełamanie bariery wydawało się nie do wykonania, ale postanowiłam się nie poddawać i porządnie wziąć się za siebie; zwłaszcza, że życie sprowadziło na moją drogę chłopaka, który wydawał się być mną zainteresowany.

 

Moje serce pełne szczęścia, radowało się gdy przechodził korytarzem w kierunku sali w której miał zajęcia. Odwracał głowę w tył, jakby kogoś szukał z drugiej strony, po czym kierował swe oblicze na mnie i lustrował tym swoim niepojętym wzrokiem. Jak pełen tajemnicy był akt odgrywany przez nas dwoje. Nikt wokół nic nie wiedział i nic nie podejrzewał, a my przepojeni tym uczuciem mogliśmy marzyć, że wkrótce dobry los nas połączy.

 

Przez pierwsze tygodnie naszej „znajomości” każdy dzień w szkole wyglądał magicznie, jakbyśmy byli głównymi postaciami znanego romansidła, w fabule którego zakochani w ostateczności znajdują sposób, aby ze sobą być. Przychodzi mi na myśl scena kiedy wraz z koleżanką po lekcji matematyki wyruszyłyśmy z drugiego piętra na pierwsze, do sali 114 gdzie zaplanowany miałyśmy język polski. Było przed południem i gdy wybił dzwonek na przerwę szkolną, korytarze zapełniły się uczniami po brzegi, co spowolniło w znacznym stopniu dotarcie do klasy. Gdy wchodziłam po schodach w górę niespodziewanie ujrzałam moją sympatię naprzeciwko mnie. Jego dłoń w chwili kiedy mijał mnie obok otarła się o moją powodując, iż poczułam na policzkach ogromne ciepło. Nie śmiałam się za nim odwrócić, ale miałam głęboką nadzieję, że on się obejrzał. W sumie miałam nadzieję, że o mnie rozmyślał-często- tak jak ja o nim.

 

Wierzyłam mocno, że z tej dziwacznej relacji, jaką oboje stworzyliśmy kiedyś narodzi się piękna historia i samotność dająca się coraz bardziej we znaki odejdzie ostatecznie w niepamięć.

 

Z biegiem czasu moja wielka miłość przerodziła się stopniowo w wielką tęsknotę. Kiedy nie widziałam go przez kilka dni opanowywał mnie niepokój i śniłam o nim coraz więcej. Zajęło mi trochę czasu zanim uświadomiłam sobie ile dla mnie znaczył.

 

Niejednokrotnie w drodze do szkoły kiedy jechałam autobusem wchodził do pojazdu  z kolegą na jednym z przystanków i siadali obaj na wolnych miejscach, jeżeli takowe były, bądź przystawali przy oknie i rozmawiali, nie wiem na jakie tematy, bo zawsze siedziałam daleko od nich. Widziałam to w jego oczach, nie wymyśliłam sobie tego. Jestem przekonana o jego uczuciach do mnie. Jednak trwało to zbyt długo i dopiero w drugiej klasie zaczęło świtać mi w głowie, że coś jest nie tak.

 

Być może oboje nie mieliśmy odwagi odezwać się do siebie. Byliśmy jak dwie zagubione jednostki, które potrzebowały nieco zainteresowania od drugiej osoby, żeby poczuć się żywym. Jeśli mnie pamięć nie myli to już na początku trzeciej klasy gimnazjum pojawił się we mnie wewnętrzny lęk, co sprawiło, że poczęłam się izolować od reszty klasy. Umiejętnie próbowałam zatuszować wzbierające we mnie emocje, lecz życie, które okazało się szczere wobec mnie, jednocześnie bezlitosne  wyciągnęło je wszystkie ponad powierzchnię. Teraz gdy jestem już mądrzejsza, spoglądam na przeszłe lata z pokorą i obojętnością. Podobno wszystko ma sens-niekoniecznie jednak jesteśmy zdolni go pojąć.

 

Jak mogłam pozwolić apatii trwać tyle lat, wierząc przez cały czas, że on w końcu napisze, odezwie się, lub po prostu podejdzie do mnie i zdobędzie mój numer. Był w takim samym stopniu zagubiony co ja i kiedy zdałam  sobie z tego sprawę wszystko zaczęło się burzyć.

 

Uczucie wielkie niczym z dzieł pisanych, w których bohater cierpi, gdyż miłość jego życia oddala się stopniowo i znika jakby we mgle.

 

Miłość życia?

 

Ile to myśli poświęciłam temu młodzieńcowi, a może powinnam powiedzieć mężczyźnie? Przecież wiekiem bliski był dorosłości gdy nasze serca się spotkały.

 

W tamtym czasie rozwinęła się moja pasja do muzyki. Opętała mnie absolutnie jak on mną zawładnął, a ponadto przyczyniła się w ostateczności do mojej zguby.

 

W domu zamiast się uczyć i odrabiać prace domowe, śpiewałam piosenki moich ulubionych artystów, w drodze do szkoły, bądź gdziekolwiek szłam, nakładałam na uszy słuchawki i pozwalałam czarownym utworom porywać mnie w cudowną przestrzeń, gdzie byłam wolna od wszelkich trosk i bólu, których najbardziej na świecie pragnęłam uniknąć.

 

Kiedy otoczenie blaknęło i mrok zapadał nad moim światem rzeczywistym, czmychałam czym prędzej do tego baśniowego do którego kluczem była właśnie muzyka. Były tam malowane drzewa, złociste kłosy zboża i lazurowe niebo, które rozpościerało się szeroko nad moją głową; i naturalnie był też tam on.

 

Chwytał mnie za rękę i razem spacerowaliśmy po wyścielonej kwiatami ścieżce, a słońce, które jarzyło się oślepiającym światłem obdarowywało nas swymi promykami jakby dodawało nam sił.

 

Baśniowe otoczenie przypominało nieraz to rzeczywiste i  wtedy odczuwałam jakby to wszystko działo się naprawdę, albo wkrótce miało się ziścić; byłam pełna nadziei, marzyłam aby posmakować jego ust, przytulić do siebie i poczuć jego ciepło.

 

Kiedy w wakacje jechałam z rodziną nad polskie morze, wyobrażałam sobie, że jadę razem z nim. On na miejscu kierowcy i ja obok, a przed nami niekończąca się droga. Tak bardzo chciałam spędzić z nim trochę czasu, poznać go bliżej; nie tylko to co posłyszałam na przerwach czy niekiedy od koleżanek, ale również od niego samego.

 

Byłam ślepa, aby zauważyć, że zapętlam się w to błędne koło; pogrążam coraz bardziej w otchłań samotności. Nie jestem w stanie stwierdzić  kiedy stałam się taka naiwna, czy może od zawsze taką byłam. Nie jeden powiedziałby, że cnotą jest wierzyć i czekać, z kolei drugi puknął dłonią w czerep i kazał jak najszybciej odpuścić. Ja osobiście stałam na granicy obu tych wariantów. Z początku wierzyłam mocno i ufałam, że dobry los spoi nasze dusze w jedno, później co chwila wątpiłam, że to kiedykolwiek nastąpi. Usiłowałam wymazać go z pamięci, poznać kogoś nowego, albo zająć się czymś pożytecznym. Niestety w całym tym chaosie nie potrafiłam siebie odnaleźć, a on zawsze był remedium na moje dolegliwości.

 

Postanowiłam w końcu działać i wysłałam mu na facebook’u zaproszenie do grona znajomych, lecz nie napisałam wiadomości, ponieważ zbyt bardzo się wstydziłam. Pokładałam wielkie nadzieję, że odpowie na zaproszenie, lecz on nic nie zrobił- nastała cisza, która bezwzględnie rozsadzała moje wnętrzności. Czekałam niecały tydzień w wielkiej niepewności, aż ostatecznie podjęłam decyzję, że wyślę do niego wiadomość. Pragnęłam jedynie wszystko wyjaśnić; wyłożyć karty na stół, lecz to co otrzymałam z powrotem podcięło moje skrzydła jeszcze bardziej. Zachowanie jego mogłabym uznać za gorsze niż prostackie. Zamiast odpisać szczerze, że nie jest zainteresowany to powymyślał kłamstwa i odwracał kota ogonem. Byłam wtedy zbyt zakochana i naiwna, żeby wyzwolić się z sideł które na mnie nałożył, a w które ja pozwoliłam się złapać. Jeszcze przez kilka lat się z niego leczyłam czego nie potrafię do dzisiaj zrozumieć. Wytłumaczyłam sobie w głowie jego zachowanie i je usprawiedliwiłam, aby całkowicie nie zniknął z mojego życia. Chociaż świadomie skreśliłam go z listy facetów z którymi chciałabym się kiedykolwiek umówić, co jakiś czas się pojawiał w moich myślach, a ja ulegałam za każdym razem.

 

Pamiętam również jak w drugiej klasie miałam niecały miesiąc na przeczytanie lalki Prusa na język polski. Była to bodajże jedyna lektura, którą nie odłożyłam na półkę po przekartkowaniu pierwszego rozdziału. Ależ byłam oczarowana postacią Wokulskiego! Jego miłość do Izabeli przywodziła mi na myśl tą moją i kiedy ukończyłam pierwszy tom powieści  założyłam się sama ze sobą: Jeżeli główny bohater zdobędzie serce młodej arystokratki, to wtedy i moje uczucie zakwitnie.

 

Nie jestem w stanie wyrazić mojego rozczarowania kiedy dobrnęłam do końca książki. Spodziewałam się, a raczej oczekiwałam pięknego zakończenia, w którym przeznaczenie zjednoczy w końcu ze sobą dwoje zakochanych.

 

Wiem, że świadomie nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale gdzieś tam w głębi moje serce podpowiadało mi, że on mnie nie kocha.

 

Na studniówkę poszłam z kolegą z klasy Marcinem, do którego nie skrywałam żadnych uczuć. Wiedział o tym dobrze, więc  nie podrywał mnie jak inni chłopcy podrywali dziewczyny na szkolnych imprezach. Po uroczystym polonezie i siedzeniu wspólnym przy stoliku przez niedługi moment zniknął gdzieś z kolegami, co jeśli mam być szczera wcale mnie nie obchodziło.

 

Był też tam on w czarnym smokingu w prążki i włosami uczesanymi na żel. Przyszedł w towarzystwie dziewczyny z równoległej klasy. Raczej nie byli parą- wyświadczył jej jedynie przysługę jak kolega koleżance- w taką wersję przynajmniej pragnęłam wierzyć. Parę razy próbowałam zwrócić na siebie jego uwagę, ale tylko raz na mnie spojrzał- obojętnie, bez jakichkolwiek emocji. Więź, którą wydawało mi się, że stworzyliśmy niecałe dwa lata wstecz padła tamtego wieczoru trupem.

 

Dlaczego zaledwie kilka miesięcy później znowu ożyła i poczęła mnie na nowo torturować?

 

Kiedy część uczniów tańcowała jak szalona na parkiecie, a inni przelewali pod stołem alkohol do szklanek z sokiem owocowym, ja wyszłam na zewnątrz poobserwować migoczące gwiazdy na atramentowym sklepieniu. Czułam się podle i niesamowicie samotna. Tak bardzo pragnęłam z nim być, że zrobiłabym tak wiele, aby ponownie się we mnie zakochał. Niestety czar prysł.

 

 Po ukończeniu szkoły średniej nie widziałam go już więcej poza jednym razem gdy dostrzegłam go siedzącego w autobusie tyłem do wejścia, którym weszłam. Natychmiast rozpoznałam włosy i boczny detal jego profilu.  Było wtedy bardzo późno, chyba wracałam z imprezy, zegar w telefonie wskazywał drugą lub trzecią nad ranem. Usiadłam na wolnym miejscu i oparłam głowę o szybę okna. Nie piłam zbyt dużo tamtej nocy, ale byłam jak diabli zmęczona. Przez zamazane w części parą szkło, obserwowałam zmieniające się obrazy okolicy. Gdy pojazd stanął na jego przystanku, po otwarciu drzwi ujrzałam jego sylwetkę tuż pod oknem jak kroczyła po równo ostrzyżonym trawniku. Mógł od razu przejść na chodnik, ale wolał mnie sprowokować. Potem już mogłam jedynie patrzeć jak postać jego blaknie w ciemności.

 

Na studiach myślałam o nim coraz mniej. Poznałam różnych ludzi, chodziłam częściej do klubów i nawet spodobał mi się jeden chłopak z grupy, jednak nic z tego nie wyszło. Sympatia z szkoły średniej pozostała w mojej pamięci, a ja wciąż jak głupia wmawiałam sobie, że nie dojrzał jeszcze  do związku, zagubił się w swojej wędrówce życia, lub miał poważne kłopoty.

 

Bóg zaprogramował mój umysł w taki sposób, że perspektywa bycia samej ogromnie mnie przerażała. Moja tęsknota do drugiego człowieka rosła z każdym samotnym dniem. On musiał stać obok, ewentualnie w oddali tam na wzgórzu wśród wysokich drzew, lub daleko na horyzoncie w tle zachodzącego słońca. 

 

Wizja braku mężczyzny u mego boku wywoływała mdłości w moim żołądku i natychmiast zachęcała do pogrążenia się we własne wymysły, byleby tylko nie czuć ciężaru osamotnienia.

 

Do tej pory nie pojawił się jeszcze żaden komentarz. Ale Ty możesz to zmienić ;)

Dodaj komentarz